W najnowszym numerze Tygodnika Dzierżoniowskiego ukazał się wywiad z dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej - Centrum Kultury w Pieszycach, Lidią Zakrzewską - Strózik. Zachęcamy Państwa do lektury.

Z Lidią Zakrzewską-Strózik, dyrektorką Miejskiej Biblioteki Publicznej – Centrum Kultury w Pieszycach rozmawiamy o zarządzaniu, sposobach na mężczyzn i dzieciństwie pozbawionym lalek.


Kobieta na kierowniczym stanowisku. Jak to brzmi?
Prawie jak „kobieta na traktorze” (śmiech). Dziś to chyba nie ma znaczenia, już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Zresztą badania wykazują, że mamy predyspozycje do zarządzania i świetnie się sprawdzamy. Nie jest to naturalne jeszcze w polityce, tam dominują mężczyźni.


Pani od lat kieruje jednostkami kultury – Centrum Kultury w Pieszycach, Dzierżoniowskim Ośrodkiem Kultury, Wojewódzkim Ośrodkiem Kultury.
Traktuję swoich pracowników po partnersku. Nie umiem zarządzać twardą pięścią. Uważam, że ten model nie sprawdza się w kulturze. Zawsze razem z pracownikiem staram się znaleźć optymalne rozwiązanie, wyciągnąć zainteresowania i pasje, które ktoś może oddać tej pracy. To nie praca przy taśmie.


Czy kobieta musi mieć specjalne predyspozycje do zarządzania, być trochę facetem w spódnicy?
Najważniejsza jest chyba otwartość do ludzi, posiadanie jasnej wizji i potrzeby rozwoju. Lider musi wiedzieć, dokąd zmierza i brać na swoje barki odpowiedzialność za pracowników, warunki do pracy i zdobywanie środków. Zaraża entuzjazmem. Jeśli jest zapaleńcem i dąży do rozwoju firmy, płeć nie ma znaczenia. Kobiety umieją zarządzać na wielu płaszczyznach jednocześnie, mężczyzna koncentruje się jednej sprawie. Ale rzeczywiście wyżej mnie zawsze byli już mężczyźni. Teraz gminą zarządza kobieta.


Ale kiedy pani przyszła, jeszcze jej nie było...
Od razu chciałam udoskonalać, pisać projekt biblioteczny. Ale słyszałam: po co, przecież jest, funkcjonuje. Myślałam wówczas: muszę popełniać jakiś błąd w komunikacji. Jeśli coś do kogoś nie dociera, to znaczy, że nie mówimy rzeczy na jego poziomie, nie używamy dobrych sformułowań, trzeba trafiać do emocji. Wytłumaczyłam więc pracownikowi urzędu: kiedyś pan pracował na liczydłach, potem w księgowości były płachty „winien i ma”, a teraz ma pan program. Więc ja też chcę mieć taki „program”. I dotarło.


Ma Pani jakieś męskie cechy?
Kiedy wyjeżdżaliśmy do zaprzyjaźnionego z Dzierżoniowem miasta Bischofsheim, ja zawsze byłam jedyną kobietą. I prowadziłam samochód, wiozłam tych mężczyzn. Jeżdżę dość szybko, po męsku. Zdecydowanie mam więcej pierwiastka męskiego w sobie. Zauważam to nie poprzez to, co mam, ale przez to, czego nie mam. Brakuje mi miękkości kobiecej, dbałości o detal – zdolności do zauważania nastrojów, pamiętania ulubionych kolorów czy wiedzy jaki powinien być długopis w prezencie. Podejmuję szybko i racjonalnie decyzje. Nie mam wahań, zmienności, jestem pewna swoich racji, ale jednocześnie można mnie przekonać. Jeśli ktoś chce przyjść i powiedzieć, że coś jest do bani, to proszę bardzo...


Można przyjść i tak Pani powiedzieć?
Oczywiście. Wszyscy o tym wiedzą. Pracownicy przychodzą, kłócą się, a ja ich słucham. Uwielbiam zbuntowane dzieci, młodzież. Dzięki temu wiele się uczę. Że można inaczej. Mam wówczas informację zwrotną. Najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć dyrektorowi, to kiedy wszyscy mówią: „tak panie dyrektorze, oczywiście panie dyrektorze”. Jest wówczas jasne, że coś jest nie tak. Dyskusja jest konstruktywna, ubogacająca. Stawiam na szczerość.


Ma Pani jakiś sposób, jak rozmawiać z tzw. decyzyjnymi mężczyznami? Co im powiedzieć, kiedy czuć „opór materii”?
To rodzaj zasobu, który wyniosłam z domu. Wychowałam się w absolutnym gronie męskim. Miałam dwóch starszych braci, dwóch braci ciotecznych. Nigdzie w rodzinie nie było dziewczynki. Potrafiłam się bić, łazić po drzewach, biegać z tomahawkiem. Tylko bardzo mało kobiecych zabaw.


Bardzo mało lalek...
Mało lalek, kokardek i dziewczęcych zachowań: „mam bardzo ładną sukieneczkę i jej nie pobrudzę”. Kiedy coś się w szkole wydarzyło, moja mama mnie od razu pytała: „to ty wybiłaś tę szybę?”. Moja córka była pierwszą kobietą, z którą musiałam sobie ułożyć relacje. Wracając do mężczyzn – nie można ich wrzucić do jednego worka. Każdy z nich jest inny, trzeba wyczuć jego cechy osobowościowe. Jednemu powie się: „zrób” i zrobi, inny będzie obrażony. Ja zawsze mówię „proszę”. Trzeba poznać człowieka i wiedzieć, jak z nim postępować. Kiedyś szef próbował mi wmówić, że w piśmie jest błąd ortograficzny, bo słowo „pan” było w tytule pisane wielką literą, a później już nie. Nie chciałam go urazić, tłumaczyłam, ale obstawał przy swoim. Żal mi było marnować papier, bo sporo tego było. Myślałam, jak wybrnąć. Po półgodzinie zadzwoniłam informując, że konsultowałam się w tej sprawie z prof. Miodkiem. „Pani Lidko, dzwoniła pani do profesora?” - wykrztusił. „Tak i powiedział, że jest dobrze” - odparłam (śmiech). Takich sytuacji było setki.


Dał pani facet kiedykolwiek do zrozumienia, że kobiecie nie będzie się podporządkowywał?
Zdarzało się. Dotyczyło nagłośnienia. Kiedyś, gdy nie była to sprawa programów i komputerów, potrafiłam podłączyć sprzęt. Jak któryś z mężczyzn zaczynał filozofować, mówiłam mu, jak trzeba to zrobić, jakie są końcówki itp. Żeby było jasne, nie chodzi o Jacka Jaroszewskiego, którego uważam za najlepszego akustyka wszechświata. Niezwykle utalentowany, wszechstronny. Pamiętam, jak kiedyś miała wystąpić w Teatrze Zdrojowym Anna Maria Jopek. Postawiła warunek: własny akustyk. Ten jednak nie mógł sobie poradzić, bo teatr był przystosowany do grania muzyki na żywo, dźwięk się odbijał. I wtedy ściągnęłam Jacka, który ma idealne ucho i jest pasjonatem.


A kto jest kierownikiem u Pani w domu?
Mąż powiedziałby, że ja, ale sądzę, że świetnie się dopełniamy.

Aneta Pudło-Kuriata